Trzy męczące godziny …
Written by Mariusz on January 2, 2010… czyli o Avatarze opinia nieżyczliwa i krytykancka.
Zaczynam od podsumowania w wersji dla niecierpliwych:
Miało być pięknie, a wyszło jak zawsze. Radę dali, jak to ostatnio często bywa, tylko marketingowcy.
Skoro teza już padła, można się trochę porozwodzić nad uzasadnieniem.
Fabuła …
… jest.
No to po kolei. Mamy złe korporate, które zarabia ciężką kasę na odkrywkowym wydobywaniu siakiejś drogiej rudy z wnętrza planety zwanej Pandorą. Co o niej wiadomo – ano to, że ma tropikalny klimat i jest bardzo słabo zaludniona. Słabo, ale jednak jest.
Ponieważ żyjące na Pandorze stworzenia jakoś tak niechętnie dzielą się swoimi terenami z buldożerami, można z tego zrobić film.
Całość oczywiście trzeba okleić cekinkami z wątka romantycznego i polać nieznośnie cuchnącym, ekologicznym sosem.
Scenariusz niestety nijak kupy się nie trzyma, raz po raz wchodzi na mieliznę i rozłazi w szwach – ale przecież nie o to tutaj chodzi.
Jest on przeca tylko pretekstem do pokazania kolorowych obrazków oraz wyciśnięcia kasy z portfeli wszystkich a przysłowiowej łezki z oka co wrażliwszych.
Aha – nabzdyczone „spicze” w stylu Dnia Niepodległości występują i śmieszą jak zawsze … niezamierzenie śmieszą.
Aktorstwo …
… jest.
A trzeba było zrobić „czystą” animacje zamiast babrać się w miksowanie rysowanek z „żywymi” aktorami – chyba że producentom chodziło o podniesienie kosztów przedsięwzięcia.
Dialogi nudzą i porażają skrajnym brak lekkości. Człowiek wcielający się w głównego bohatera to porażka wyjątkowa. Terminatorowy Arni to przy nim aktor dramatyczny czystej wody.
Grafika …
… ładna.
Ładna i tyle, tylko tyle. Marketingowe trucie o przełomie to „bzdura totalna”.
Swego czasu, prawie 10 lat temu powstał film Final Fantasy. Nadymano wtedy podobny balonik jak przy Avatarze. Że nowatorstwo, że przełom, że nowe kierunki … że za kilka lat będziemy oglądali filmy ze wskrzeszoną Marilyn Monroe w roli głównej.
Minęło 10 lat i mamy Avatara. Wielki reżyser postanowił sprzedać nam te gadki po raz kolejny: że przełom, że animacja jest już na takim poziomie, że ho … a może nawet i ho ho!
Nie udało się.
Dostaliśmy widowiskową rozpierduchę we wszystkich odcieniach zieleni i błękitu.
Jak widać technika nie poszła na tyle do przodu, żeby bez wstydu pokazać realistycznie animowane postacie ludzkie, o ożywianiu dawnych aktorów nadal można zapomnieć. Autorzy, żeby uniknąć obciachu zdecydowali się na koto-małpoludów w kolorze blue.
Acha, widoczki są ładne, chociaż na mnie, zdecydowanie mocniejsze wrażenie wywarła dżungla sfilmowana prawie ćwierć wieku temu dla potrzeb filmu Misja – no tak, ale to był Film, a nie technologiczne demo „silnika” renderującego i nowych procesorów Nvidia.
I jeszcze o samej technologii 3D w wersji dla „zwyczajnych” kin. Okulary jakoś tak nieprzyjemnie ograniczają pole widzenia. Ogląda się to trochę tak, jak na małym telewizorze w kuchni … nic specjalnego, no chyba, że ktoś lubi jak go paprotki smerają po nosie kiedy chodzi po lesie.
No właśnie, o ile jeszcze używanie technologii 3D dla uzyskania efekciarkich ujęć może się jakoś obronić, to jej stosowanie w scenach „aktorskich”, potrafi tylko wkurzyć nachalnie płytką głębią ostrości.
No i kurna, gdzie ten przełom? Że ktoś miał tyle kasy, żeby zbudować trochę lepszy engine niż ten użyty w gierce Crysis (tak, tylko troche, oto przykłady) i zapędzić na dwa lata „studentów” do wygładzenia całości w postprodukcji? Biednie trochę jak na przełom.
Podsumowując ponownie
Lubisz gierki – pograj.
Wzruszył Cię boski Di Caprio widowiskowo tonący wraz z Titaniciem – zapodaj sobie jeszcze raz to przydługie filmidło.
Jeżeli natomiast eksterminacje obcych na ekranie komputera lubisz równie mocno jak pochlipywanie nad losem skrzywdzonych przez los bohaterów wyciskaczy łez – kup dużo popcornu i coli i zasuwaj na Avatara.
Avatar (2009) reżyseria James Cameron



February 13th, 2010 at 22:20
no nie wiem, nie mogę się jakoś z Tobą zgodzić.
Co do fabuły- może i prosta, naiwna i cukierkowa, ale o to w Holiłudzich produkcjach chodzi.
Co do efektów, to mnie wcisnęły w fotel, właśnie 3d mnie wcisnęły- ale ja byłam w IMAXie no więc to może robi różnicę- 18 metrów ekranu i specjalna technika kręcenia sprawiło, że cekiny sypały mi się na głowę a złe korpo kapało potem, podobało mi się i zdania nie zmienię o nie :)
February 15th, 2010 at 11:29
Fabuła rzeczywiście naiwna/dziecinna. Ale cała reszta wymiata. 3h w inny świecie. Moim zdaniem jeśli patrzec na Avatara jako kino rozrywki to do tej pory nie powstało nic co mogło by się z nim równać.
February 15th, 2010 at 12:43
Mnie jakoś ten świat nie wciągnął. Nawet nie chodzi o fabularne dno i “drewnianego” głównego bohatera. Drażniło mnie to całe 3D – jest to technologia baaardzo niedojrzała – w statycznych scenach jakoś to dawało radę, ale w co dynamiczniejszych ujęciach „blur” był nie do zniesienia … ech, pewnie uprzedzony poszedłem …