Warning: mysql_query(): No such file or directory in /home/mzamolski/mariusz.zamolski.com/wp-content/plugins/netlifes-tag-cloud-fatcloud/netlifes-tag-cloud-fatcloud.php on line 61

Warning: mysql_query(): A link to the server could not be established in /home/mzamolski/mariusz.zamolski.com/wp-content/plugins/netlifes-tag-cloud-fatcloud/netlifes-tag-cloud-fatcloud.php on line 61
obejrzane | O czym by tu ... - Part 2

Sznur

Written by Mariusz on 5 June 2009 – 10:01 -

Mega Sznur
Nudny Mega Sznur
Nudny Męczący Mega Sznur
Nudny Męczący Mega Sznur z Pretensjami Artystycznymi
Nudny Męczący Mega Sznur z Pretensjami Artystycznymi za Nasze Pieniądze

A mogło być tak pięknie.

Były zadatki na „coś jak” Las Vegas Parano w dekoracjach kojarzących się z Trainspotting (z którego zerżnięto zresztą plakat).

A co wyszło?

Kicha wyszła, niestrawna na dodatek.

No tak, ale może takie były założenia.
Autor swój wytwór dedykował Tacie.
Tata to autor „Szamanki” – innego mega sznura polskiego kina.
Tacie pewnie ten film się spodobał – cel został osiągnięty.
Kto ma inne zdanie – nie zna się na Prawdziwej Sztuce.

To pisałem ja, niewyrobiony cham i prostak, którego literacki pierwowzór filmowego sznura odrzucił po pierwszej stronie … cóż … widocznie nie jestem targetem.

PS. Tylko polskich aktorów żal. Widać, że chcą, widać, że umieją … ale co z tego. Z gówna bata nie ukręcisz …
PS2. Tak, Szyc dał radę. Aktorzy grająca Angele czy Lewego również … ale co z tego.

Wojna polsko-ruska (2009) reżyseria Xawery Żuławski

Subscribe to my RSS feed

Jeden weekend, dwa zamki

Written by Mariusz on 7 May 2009 – 14:44 -

Jeżeli chcesz się bawić w towarzystwie narwańców, którzy mają wielką frajdę z przebierania się w zbroje, jeżdżenia konno i pojedynkowanie się na wszelkie możliwe rodzaje broni, pędź w przyszłym roku na pierwszodrugotrzeciomajowy weekend na zamek Kliczków.

W tym roku, wyglądało tam następująco.

 

Jeżeli natomiast interesują Cie takie atrakcje jak:

Stragany – Tanie podróbki wszystkiego. Mydło, powidło, garnki, kosiarki do trawy. Przekupnie z salonu samochodowego drące się z całych sił przez megafon jaki to ich wyrób cudny i nawet kwiatkami można go udekorować. Matacze z firm ubezpieczeniowych wciskający dzieciom baloniki a rodzicom ulotki z wyjątkowymi i jedynymi w swoim rodzaju ofertami na uczynienie życia lepszym i bezpieczniejszym, oczywiście za niewielką comiesięczną opłatą.

Smród – Dziesiątki bud serwujących chleb zwany pajdą ze smalcem, psa zmielonego z budą zwanego kiełbasą z grilla i inne przenośne specjały po których spożyciu, nic nie jest już takie jak dawniej.

Hałas – Stoliki żywcem przeniesione z początku lat 90tych zapodające z przesterowanych jamników folklor dowolnego pochodzenia: od podhalańskich połonin, przez górnośląskie szyby po peruwiańskie Andy. Pseudoindiańskie umpa umpa reprezentowane było nawet na „żywo” przez sprzedawco-wykonawców, zaopatrzonych w playback dla łatwiejszego kupczenia kołatkami z wizerunkiem Homera Simpsona i kogucimi piórami … uff ….

To jedź do Książa. W zwykłe dni, nie jest tam aż tak paskudnie a zdjęcia z zamku i okolic można zobaczyć tutaj.

 

Po szczegółowy opis całego majowego weekendu z przyległościami odsyłam natomiast tutaj.

Subscribe to my RSS feed

Oracle Develop

Written by Mariusz on 12 February 2009 – 14:10 -

… czyli konferencja z recyklingu

Praga ładna jest

ale co z tego, skoro pogoda jest pod psem i to zdechłym a mieszka się w hotelu, który może przyjemny jest i czterogwiazdkowy, ale na wygnajewie. Dalekim od metra wygnajewie niestety.
Jakby kto nie wierzył, że warto Pragę zobaczyć, to tutaj są dowody: czarno białe i w kolorze.

Oracle wielki jest

i to nie podlega już żadnej dyskusji.
Konferencja była dwudniowym maratonem, na którym pracownicy firmy Oracle przedstawiali kosmos swoich produktów. Impreza podzielona została przez organizatorów na trzy ścieżki: Database, SOA i JAVA/RIA.
Dla mnie najciekawsza, z oczywistych względów, była sesja dotycząca Javy. Ciekawsza tym bardziej, że po pożarciu firmy BEA razem z jej serwerem aplikacyjnym przez Oracle, bazodanowy kolos stał się największym dostawcą serwerów aplikacyjnych.
No i co? No i w sumie to nic szczególnego.
Strategia łączenia produktów nie okazała się zbyt wyrafinowana. Wyrzucimy swój serwer bo jest gorszy, wstawimy WebLogica. Nasze Web serwisy też wydają się słabsze, no to też wrzucimy te „pożarte”. Trzeba tylko te wszystkie formsy, ADFy itp. doprowadzić do działania na serwerze BEA i pozamiatane. Co by tu jeszcze … hmmm, konsola administracyjna … zostawimy obie, ale ta nasza nie będzie jeszcze obsługiwała wszystkiego z serwera BEA, a z czasem się zobaczy. Maszyna wirtualna JRockit też jest fajna … bierzemy! Aha … w sumie taka sklejka będzie nowym produktem, czyli trzeba dać jakąś ładną nazwę … Oracle Fussion Middleware będzie doskonałe!

No i tak też sklejkowo, sesje dotyczące serwerów aplikacyjnych wyglądały. Demonstracje prowadzone przez ludzi z BEA wykorzystywały pluginy administracyjne do Eclipse, ludzie z Oracle odpowiedzialni byli za część RIA, która dotyczyła w lwiej części „wyklikywania” sobie aplikacji ADF w JDeveloperze. Niestety część  klikana mocno mnie zawiodła. Ładnie to wyglądało, ale nie zmieniło mojego zdania o tej technologii. Ci, którzy pół życia spędzili przed kontrolkami Visual Basica lub Delphi będą zachwyceni, a reszta, a kogo ta reszta obchodzi.

Pozostałe sesje potraktowałem wybitnie po macoszemu. Z części bazodanowej odwiedziłem tylko dwie prezentacje:

  • bardzo sprawną i ciekawą dotyczącą XMLa w bazie 11g. Zrobiła wrażenie – trzeba się temu dokładniej przyjrzeć oraz
  • suchą o SQLu i PL/SQLu. Czułem się tam jak na nudnym wykładzie z Pascala. Prowadziła go co prawda bardzo barwna postać ubrana w kolorową koszulę i pokazującą na slajdach swoje zdjęcia z azjatyckich wojaży. Cóż, skoro nadal twierdzę, że PL/SQL to taki lepszy assembler i używany powinien być tylko w ostateczności.

Jeżeli chodzi o sesję SOA, to nie mogę o niej nic powiedzieć. Wybrałem się tylko na późno popołudniowy wykład dotyczący BMP z przyległościami. Mimo ciekawej tematyki, było słabo. Prowadzący był zmęczony, ja byłem zmęczony. Całość była senna i nużąca. Niestety.

A dlaczego z recyklingu?

A bo TakiWielkiOracle, za całkiem przyzwoite pieniądze mógłby postarać się o coś więcej niż papierowe długopisy z odzysku, płócienny worek i biednego t-shirta. Wiem, wiem, konferencje nie służą do zbierania fantów, ale niedostarczenie materiałów konferencyjnych na czymkolwiek, choćby biednej płycie CD za 10 groszy, tylko wystawienie trzech notebooków, co by „gawiedź sobie skopiowała”, to już chyba przesadne sknerstwo … tfu … troska o środowisko. Krakowskie JDD 08 z materiałami dodawanymi na pamięci USB wypadło nie tylko nie „centusiowato”, ale wręcz luksusowo.

Jest jeszcze jedna możliwość. Koszty wystawnego lunchu były na tyle wysokie, że na nic więcej nie starczyło. Czego by nie pisać, żarełko było wyporne, piwko do niego było dostępne, ot wstawać od stołu się nie chciało.

Oracle Develop, Praga, 10 – 11 lutego 2009

PS. Jako dobry ojciec, nie omieszkałem oczywiście przywieźć do domu tradycyjnych Czeskich niezbędników: Piwa, Krecika, Lentilków i Czekolady Studenckiej …  Czasy się zmieniają, zza południowej granicy, wiezie się zawsze to samo.

Subscribe to my RSS feed

Java Developers’ Day 2008

Written by Mariusz on 29 November 2008 – 16:47 -

… albo zapiski mocno przeterminowane i niekoniecznie merytoryczne.

Szaroburo i ponuro czyli wieczór i noc na podupadającym krakowskim Kazimierzu

Plotki o coraz mniejszej liczbie turystów odwiedzających Królewski Kraków a w szczególności Kazimierz, potwierdziły się w całej okazałości. Porównując z sytuacją sprzed dwóch lat to … to nie ma porównania. Bez zmian pozostają tylko grupki małych chamskich angielskich pijaczków. Tych, którzy to wszystko mają w dupie tylko ręce w kieszeniach.

Na szczęście mało koszerne żurek i schabowy z kapustą dały radę

The Next Big Thing Czyli przyszłość programowania po amerykańsku

Ted Neward to showman pełną gębą. Praca głosem, gestykulacja, po prostu wzorowe prowadzenie prezentacji. Dowcipy może i momentami przyciężkie, ale cóż poradzić, taki amerykański styl.
A merytorycznie? Widać nad czym teraz pracują w ThoughtWorks – wystąpienie to doskonale spinało się z przedostatnią prezentacją dnia wygłoszoną przez Neala Forda. Tematyka przyszłości języków programowania … i dlaczego będą to języki dynamiczne przedstawiona została przez obu panów w sposób absolutnie wyśmienity.
Po tak znakomitej prezentacji, wydawało się, że dalej będzie już tylko lepiej … i było lepiej … lepiej nie mówić.

Nuuuda, czyli  jestem platynowym sponsorem więc mogę dowolnie bredzić a Ty siedź i słuchaj!

Człowiek, który po chwili pojawił się na mównicy, był wyraźnie niezadowolony z tego, że ma coś powiedzieć. Znudzony był strasznie. W zasadzie nie bardzo wiedział co powiedzieć, co podkreślał nadużywanym „bodajże” … ech, słuchając tego nieszczęśnika zazdrościłem siedzącemu dwa rzędy przede mną słuchaczowi, który czas na tej wyjątkowo nudnej prezentacji, katował pasjansa …
No właśnie, do czego może służyć zabrany na konferencje notebook. Jako że bełkot o tym czy pracuje się w DRQ, ABG a może jednak Asseco nie bardzo mnie interesował, nie tylko zresztą mnie sądząc po liczbie osób opuszczających salę, postanowiłem zająć się znacznie ciekawszą kwestią: „Po co targać przenośny komputer na konferencje”.
Sprawa okazała się prostsza niż na początku się wydawało … nie, nie chodziło o pasjansa, to było tylko niezaplanowane odreagowywanie sponsorowanego prania mózgu. Chodziło o wyszukiwanie odpowiedzi na programistyczne pytania zawarte w ankiecie przygotowanej przez jednego ze sponsorów.

A wracając do prezentacji. Smutny sponsorowany prelegent próbował mówić coś o zastosowaniu Javy w telekomunikacji … JAIN, te sprawy … . W zasadzie to nie jego wina, że wyszło tak kiepsko – on wyraźnie nie chciał tam być.
Jako że nie zanosiło się na to, że to wystąpienie rozwinie się w jakimś sensownym kierunku, a prelegent był wyraźnie niezainteresowany tym co mówił, dołączyłem do wychodzących z Sali w celu konsumpcji  wybornych kanapeczek i tłuczenia automatu z grą Tekken.
Aha, nazwiska tego prelegenta nie przytoczę – nie warto.

Wprost z Bollywood – Jboss Cache.

Następną prezentację przedstawił wysłannik firmy JBoss Manik Surtani. O ile pierwsza prezentacja konferencji była dynamiczna niczym hollywoodzkie kino akcji, o tyle to wystąpienie miało tempo raczej bollywoodzkie. Prelegent sympatyczny, merytorycznie niczego nie można było mu zarzucić, ale kurde, nie porywało. Próby ożywienia przy pomocy śmiania się z własnych, dość abstrakcyjnych zresztą dowcipów, nie przynosiło oczekiwanych rezultatów. Wiedział o tym widać również prowadzący, bo widownie postanowił rozruszać podczas zadawania pytań, co mu się zresztą udało, kiedy to hojnie rozdawał firmowe czapeczki w zamian za zadawanie pytań.
Podsumowując – wykład ciekawy, świetnie porządkujący informacje o keszach wszelakich, nie tylko tych klastrowanych i enterprajsowych.

Po tym wykładzie, nastąpił podział na dwie sesje. Nie były one chyba zbyt „zrównoważone”, ponieważ na sesji II, w której miałem przyjemność uczestniczyć, sporo ludzi siedziało na schodach.
Wchodzenie i wychodzenie z Sali podczas wykładów jest słabe, podział na dwie sale, niestety to zjawisko spotęgował.

Monitoring w J2EE czyli jak uniknąć stanu permanentnej katastrofy

Wykład ten rozpoczął poobiednią część konferencji.
Garkuchnia zdecydowanie najsłabsza z dotychczasowych edycji JDD. Najlepsza, zdecydowanie była ta podczas pierwszej konferencji. Catering z roku 2007 też był niczego sobie, jednak leżał pod względem organizacyjnym … Widok Billa Burke stojącego na końcu kilometrowej kolejki po michę – bezcenny.
Jarosław Błąd w tym wystąpieniu pokazał, że bez silenia się na „amerykański styl”, wymuszony luz i mało śmieszne dowcipy można zrobić sprawną i merytorycznie znakomitą prezentację.
Tematyka wykładu była zdecydowanie życiowa, aż do bólu. Graficzne wizualizacje przykładów różnych padów systemu opartego o J2EE znakomite i przemawiające do wyobraźni zwłaszcza tym, którzy niejeden taki wykres widzieli na żywo.
Podsumowując – świetna prezentacja.

Przyszła kolej na kolejny znakomity wykład, który przedstawił

Lukas Podolski architektów Javy albo XML is dead.

Adam Bien, bo o nim mowa, to pochodzący z Zabrza Niemiec prowadzący wykład po angielsku … z małymi polskojęzycznymi wstawkami  (enterprajs fasola), którymi od razy zjednał sobie konferencyjną publikę.
Później było już tylko lepiej – opowieści o „genialności” niemieckich architektur oprogramowania, ich błyskotliwej wielowarstwowośći bawiły słuchaczy do łez … zwłaszcza tych słuchaczy, którzy musieli w praktyce mierzyć się z cudami inżynierii oprogramowania zza zachodniej granicy.
Cały wykład był pragmatyczny do bólu. Obalał cały czas funkcjonujące mity o nadmiernej „wadze” EJB. Wskazywał na nadmierne wykorzystanie XMLa, archaiczność stosowania warstwy DAO, „nieużywalność” JSF itp.
Jedynym problemem tego wykładu, było to, że „nagle” się skończył. Odniosłem wrażenie, że prelegent nie do końca kontrolował czas, a slajdy były przygotowane na dłuższe wystąpienie.
Nic to. I tak było warto.
Wykład ten był koronnym przykładem na słabe wyważenie pomiędzy dwiema sesjami konferencji. Sala po prostu pękała w szwach – pełne były nawet schody.
Ostatnim wykładowcą występującym podczas II sesji był

Przestraszony Komiter Kontrybuujący JuAj

Czyli programista wprost z IBM dzielnie pracujący nad platformą Eclipse.
Temat wystąpienia zapowiadał bardzo ciekawą godzinkę … i co … i nic.
Na starcie, prelegent, kolejny, którego nazwiska lepiej nie wspominać, stwierdził, że za dobrze nie jest przygotowany … miałem nadzieje, że tylko się kryguje. Później dodał, że swoją prezentacje w zasadzie zerżnął … na szczęście podał źródło skąd.
A merytorycznie?
Ano niechcący (jak sądzę) poddał fachowej i szczegółowej krytyce projekt nad którym pracuje.
Ta wiodąca platforma programistyczna jawi się po wystąpieniu szanownego prelegenta jako projekt prowadzony w wyjątkowo kiepski sposób, w którym panuje straszny burdel a powtarzanie kodu jest uznawanych przez wszystkich regułą.
Całe wystąpienie było przedstawione w języku polskawym, w którym mieszanie słownictwa angielskiego i nieporadnych kalek językowych było na porządku dziennym.
Podsumowując.
Byliśmy światkami nudnej, nie tylko dla widzów, ale także dla zerkającego na zegarek prelegenta,  samokrytyki programisty IBM.

Aaaa był także pozytyw tej nudnej godziny – zachęcił mnie do ponownego przyjrzenia się platformie Netbeans podupadającego ostatnio niestety SUNa.

Aha, tematem prezentacji była przyszłość platformy Eclipse. Jedyną informacją na ten temat było to, że możemy sobie sami poszukać informacji na eclipsowym Wiki, a demo … taaaa jest nawet demo, ale oczywiście go nie zobaczyliśmy, możemy je sobie „ściągnąć” z Internetu – żenua.

A później była jeszcze reklama, innej konferencji … a w zasadzie knajpianego spotkania przy pizzy i piwie, gdzie można sobie „wzajemnie pozaglądać w kod” … Dziękuje, postoje.

Java is a Framework-oriented language

Bryndza IBMowej prezentacji ujawniła się jeszcze bardziej, w kontraście z następującym po niej wystąpieniu Neala Forda.
Było pięknie i absolutnie profesjonalnie. Celne tezy wygłaszane spokojnym, lekko zachrypniętym głosem znakomicie obrazowały doskonale dobrane slajdy.
Wykład ten, wraz z pierwszym tego dnia wystąpieniem, w znakomity sposób spinał klamrą całą konferencje.
Prelegent sprawnie i ze swadą opowiadał o językach programowania i możliwości ich wykorzystywania dla DSL.
Było trochę o językach historycznie, jak i współcześnie.
Nie mogło zabraknąć pochwał dla języków dynamicznych Rubiego i Grooviego oraz krytyki dla nadużywania XMLa.
Oberwało się także mojemu ulubionemu ANTowi … co zrobić. XMLa to chyba nikt już nie lubi. XML jest wręcz deprecated.
Wykład był spokojny zarówno w treści jak i w formie – najlepiej podsumowywało to stwierdzenie, które pojawiło się pod koniec wystąpienia: „evolution not revolution”
Neal Ford udowodnił, że nie trzeba rzucać słabymi żartami, żeby wywołać uśmiech na twarzach słuchaczy.
Goście z ThoughtWorks wykonali znakomitą robotę.
No i Last but not east:

Klimaty OSGIowe w wykonaniu lidera – Jacka Laskowskiego.

Lidera warszawskiego JUGa oczywiście.

W zasadzie nie ma się do czego przyczepić. Sprawnie, konkretnie, fachowo.
Mimo, że w kontekście poprzednich wykładów, z których to można się było dowiedzieć, że „DAO is Death” a XML jest w najlepszym razie „deprecated” slajd z xmlową konfiguracją springa, w której poczesne miejsce zajmowało jakieś DAO wyglądał zabawnie.
Nie mogło się obyć bez żenującego żartu prowadzącego … o tym jak to w przelatujących przez ekran logach programista laseczki widzi …
Przykłady też były, a jakże. Na trzy zadziałał jeden – bardzo widowiskowy nawet.
Ogólnie bardzo nieźle, chociaż nadal nie rozumiem co takiego daje „OSGIowość” (cytat) w czymś takim jak Eclipse.
Podsumowując wykład – warto było zostać do końca.

Podsumowując konferencje – warto było być.

Java Developers’ Day 2008, Kraków, Centrum Konferencyjnym CM UJ, 16 października 2008

PS. Przez cały przydługi tekst nie wspomniałem o fotografie usilnie dokumentującym całą konferencję … a należy mu się chwila uwagi. W skrócie, człowiek ten, powinien się jeszcze wiele nauczyć … zwłaszcza o pracy z lampą błyskową, a dokładnie o tym, ze błyskanie po oczach publiczności konferencyjnej nie ma pozytywnego wpływu ani na ich nastrój ani tym bardziej na jakość otrzymywanych zdjęć.

Subscribe to my RSS feed

Postapokaliptyczny Pixar …

Written by Mariusz on 21 July 2008 – 16:17 -

… czyli jak złapać doła na bajce, ponoć dla dzieci.

Świat jaki znamy się skończył, przysypany gigantycznymi ilościami śmiecia i syfu wszelakiego.

Nikomu niepotrzebny złom jest paczkowany i układany przez napędzane energią słoneczną, samonaprawiające się roboty w zardzewiałe wysokościowce.

Nad ziemią szarobure niebo a i klimat jakiś taki sparszywiały z raz po raz przewalającymi się ciężkimi burzami.

Przeżyły tylko karaluchy, ale to oczywiste. Im nie jest groźna nawet kuchnia w mieszkaniu studenckim.

Graliście w Fallout … nie? – To zagrajcie – nasza planeta wygląda tam bardzo podobnie. Wkrótce trzecia część, miejmy nadzieje, że choć klimatem dorówna do poprzedniczek.

To była dygresja, a o z Ziemianami? Są, i owszem. Dali się wystrzelić szemranej globalnej korporacji w kosmos na ledwie 5 lat, po których to błękitna planeta miała odzyskać swój naturalny kolor. Wiadomo jednak jak to z zapewnieniami szefów korporacji czy innych polityków jest: gadka szmatka, ciemny lud kupuje a wychodzi jak zawsze.

Jak zawsze, to znaczy wszystko nie idzie tak jak powinno. Z pięciu lat robi się siedemset. Mieszkańcy degenerują się w otłuszczone, niepotrafiące chodzić mutanty, żywiące się plastikowymi pizzą i colą, którym jest już absolutnie wszystko jedno.

Kiedy pojawia się iskierka nadziei pod postacią niemrawej zielonej roślinki, okazuje się, że korporacja uknuła piętrowy spisek według którego człowiek nie miał się już nigdy pojawić na Ziemi …

… ech … ponura ta wizja …

Tak zwane szczęśliwe zakończenie też takie jakieś nie do końca. Ludziopodobne twory, którym udało się wrócić na Ziemie nie wyglądały na takie, które będą zdolne cokolwiek sensownego na niej odtworzyć …

… ale to przecież tylko bajka dla dzieci, a one to kupią. Przecież kochające się roboty są w końcu razem, a to najważniejsze … sam miód …

A tak w ogóle to piękny film …

… a poprzedzający go Presto to jeden z najbardziej udanych krótkich metraży Pixara

WALL-E, Multikino, Arkady , Wrocław, 21 lipca 2008

Subscribe to my RSS feed